Kolonia dźwięków              Małgorzata Kęsicka

 

Trzy wymiary dźwięku w Kolonii Artystów w majowy wieczór skonfrontowały nas z czwórką (pierwszy koncert zagrany w duecie) artystów o różnych korzeniach muzycznych, artystycznych w ogóle, różnych generacji ( co przecież ma znaczenie!), różnych stylistyk i estetyk. Trzy koncerty (tak je z grubsza i dla wygody nazwijmy) to trzy różne historie. Akademik, kompozytor po bożemu na wyższej uczelni muzycznej kształcony, ten, co pisze muzykę do oper, spadkobierca tradycji Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, Krzysztof Knittel to historia nieprzemijającej fascynacji galopującym rozwojem techniki, robotyki, laserów, podczerwieni, to fascynacja IPhone’m i jego aplikacjami.

Gerard Lebik powędrował ścieżką generatorów fal akustycznych, dźwiękowej sztuki pozbawionej struktur. Wreszcie duet: artystka multimedialna, rzeźbiarka o szczególnej wrażliwości na fenomen dźwięku, Katarzyna Podpora (kee_vay) i muzykolog Max Kohyt (f.a.t.e.) to historia poszukiwań, eksploracji zahaczających o field recording, elektronikę, dźwiękowe obiekty, reinterpretację funkcji przedmiotów tradycyjnie wydających dźwięk.Performens Katarzyny i Maxa był, w porównaniu z występem Lebika, eklektyczny: spotkały się dźwięki różnych proweniencji (elektroniczne z organicznymi, wydawanymi przez kamienie, szkło, kości, starą cytrę). Zauważyłam, że te dźwięki pochodzenia organicznego, nie elektroniczne tutaj były domeną kobiecą, domeną artystki. Słuchałam aktywnie, bo w przestrzeni dźwiękowej działo się dużo: dźwięk zdawał się być wielowymiarowy, a artyści troszkę bawili się dymensjami i kształtami fal dźwiękowych. Różne faktury takie jak kamień, szkło, piórko czy drewno, miały swoje odzwierciedlenie w dźwiękach. Artyści stopniowali doznania: bliżej- dalej, brudno- brudniej, głośno-ciszej. To był dialog  kolorowych dźwięków, ujętych w formę podobną do form, do jakich przyzwyczajono nas od wieków. Choć treścią dźwiękową były szumy, dźwięk poddawany przekształceniom to jednak forma została tradycyjna,  uporządkowana w czasie i przestrzeni w narrację linearną. Miałam wrażenie, że Gerard Lebik, który wystąpił po duecie, poszedł gdzieś głębiej, dalej, o krok dalej niż duet kee_vay/ f.a.t.e., dalej niż Mariusz Waras malujący wielki obraz na kartonie i oprawiający go w także kartonową ramę. Odszedł całkowicie od formy. Stworzył performans awizualny, zawężając bodźce do tych słuchowych, bez wzroku, bez dotyku, bez ruchu. Trudna to przyjemność zanurzać się w dźwięku ciągłym, jednostajnym, sączącym się bez przerwy, z jedną zmienną- amplitudą drgań. Trudna, ale jednak przyjemność. Gerarda Lebika słyszałam (i widziałam) ostatnio we współpracy z Ryoko Akamą latem 2017 w Sokołowsku. Był to rodzaj ożywionej gestem i myślą dwójki artystów instalacji dźwiękowej. Tym razem usłyszałam materiał znacznie bardziej ascetyczny. Czy koncert Lebika to był najtrudniejszy koncert tego wieczoru? Pozbawiony teatralności, gestu, wszelkiego, nawet takiego najskromniejszego teatru, nie skupiony na przedmiotach? Dźwięk, jaki dostaliśmy, został odarty z masek, nie kokietował. Kontemplacja dla przeciętnego człowieka nie jest łatwa. I tu łatwo nie było- zostaliśmy poddani ćwiczeniu ze słuchania. Wykonawca siedział sam, wkomponowany wraz z niewielkim stoliczkiem w publiczność, zwrócony twarzą w tę samą stronę, co każdy z nas, słuchających. Jedni więc widzieli jego plecy, nieliczni- profil, a jeszcze inni nie patrzyli na artystę w ogóle. Nie było odwrotu- trzeba tylko słuchać. Mój wzrok błądził po przypadkowych, nie związanych z tym, czego słuchałam, przedmiotach. Po skupionych twarzach innych słuchających. Po wielkometrażowym plakacie, obrazie Mariusza Warasa, malowanym „na płótnie” z kartonu, ujętym w kartonową ramę. Później zamknęłam oczy,  bo nic ich nie karmiło, w przeciwieństwie do uszu, aktywniej niż zwykle notujących sygnały akustyczne. Ten noisowy, szumowy występ swoją estetyką świetnie wpisał się w minimalistycznego ducha i takież wnętrze dawnej Restauracji Chińskiej, teraz- Kolonii Artystów. 

Efektami niczym ze Star Wars wybuchał raz po raz spektakl, jaki przygotował i przedstawił nam Krzysztof Knittel. Jest to osobowość z pokolenia, które nie przestanie, mam wrażenie, fascynować się rozwojem technologicznym, postępem cywilizacyjnym, taki profesor T.Alent z kultowego polskiego komiksu o zwariowanej małpie. Dla Krzysztofa Knittla od tego, co się w kompozycji, w performensie wydarzy, ważniejsze jest przekształcenie dźwięku. Jak ma pani na imię, zapytał mnie Knittel po koncercie, prezentując swoje obiekty. Zobaczy Pani, teraz powiem Pani imię i usłyszymy je odtwarzane od tyłu. A to są takie dwa pierścienie, każdy z tych pierścieni steruje trzema parametrami dźwięku, to jest oś x, oś y, i os z. Knittel założył pierścienie na ręce i pokazał, jak steruje dźwiękiem machając rękami w powietrzu. Eksperymentował z podczerwienią, z efektami gitarowymi tworząc struktury, które słuchaczom jawiły się jako masy dźwiękowe, naprawdę- masy! Każda oś odpowiadała za inny parametr: dynamikę, przestrzeń, przekształcenia. Kompozytor entuzjastycznie wyjaśniał  po koncercie w Kolonii Artystów tajemnice swojego spektaklu dźwiękowego stojąc w  chaosie kabli, przedmiotów, instrumentów, obiektów: Bardzo fajne jest odwracanie słów, od tyłu dźwięk na przykład. Podczas swego efektownego, bogatego w efekty spektaklu wyśpiewał do mikrofonu po łacinie choroby, jakie przechodził. My, słuchacze, nie mieliśmy jednak szans dowiedzieć się, czy było to, dajmy na to, Bronchitis czy Carditis Rheumatica, treść nie miała znaczenia, stanowiąc tylko materiał do przekształceń, zapętleń. Profesor imponuje niezwykłą znajomością fizyki, mechaniki, elektroniki, pokazując urządzenia, które zbudowali dla niego konstruktorzy dwadzieścia, pięć, rok  temu.

Jest taki piękny dźwięk tramwaju, strasznie go lubię, i lubię w kwarcie zwiększonej go, tylko jedno pasmo z tego tramwaju. To znów Krzysztof Knittel. Czy rzeczywistość nie staje się wielowymiarowa, kiedy jeden z jej stałych elementów- dźwięk, zacznie rozumieć się albo/ i doświadczać także bardziej analitycznie, aktywnie, głęboko? W ramach podsumowania taki postulat: wprowadźmy Sztukę Dźwięku do szkół. Dla wielu z nas, tych, którzy nie mają dysfunkcji aparatu słuchowego, dźwięki skończą się wraz ze śmiercią mózgu, co oznacza, że są z nami zawsze, wszędzie. Warto je oswajać, zauważać, rozumieć lepiej i głębiej. Nadawać im znaczenia albo pozostawiać po cage’owsku, bez interpetacji.  Może wtedy wszyscy staniemy się (jak ten, który dostrzega piękno w dźwięku tramwaju) poetami codzienności, złożonej tak bardzo z dźwięków.